Czemu (nie) jestem psychologiem? – Preludium
Czas gimnazjum był dla mnie ciężki. Wiem, że nie tylko dla mnie. W trzeciej klasie doszło u mnie do kulminacji tej ciężkości, przez co ostatecznie więcej czasu spędziłem na ławce w parku, niż w szkolnej. Nie radziłem sobie z problemami rodzinnymi, zdrowotnymi i społecznymi, a omijając szkołę, dodawałem sobie jeszcze edukacyjne. Ostatecznie tej klasy nie zdałem i zostałem w gimnazjum rok dłużej. Nie mogłem być klasyfikowany ze względu na niewystarczającą frekwencję. Kto by pomyślał, że po latach uznam to za jedno z najlepszych doświadczeń mojego życia.
Jak stać się niewidzialnym w wieku 12 lat?
W wakacje, po ukończeniu podstawówki, straciłem kontakt z całą paczką ludzi, z którymi wtedy trzymałem. Dowiedzieli się, że warunki, w jakich mieszka moja rodzina, są beznadziejne i postanowili to sprawdzić. Przyszli więc pewnego razu po mnie, gdy nie było mnie w domu. Tata powiedział, że grupa ta liczyła co najmniej jakieś 10 osób.
Informacja o tym mnie zestresowała. Nie było to nic typowego ani też chcianego przeze mnie. Prawie nikt z moich znajomych nie wiedział nawet, gdzie mieszkam. Nie bez powodu.
Następnego dnia, choć bardzo zestresowany, chciałem się spotkać z tymi znajomymi. Była w końcu jakaś minimalna szansa, że nagle staję się popularny i po prostu więcej osób chciałoby spędzać ze mną czas. Poszedłem więc do stałego miejsca naszych spotkań.
Zbliżałem się i gdy tylko zostałem zauważony przez grupę, to szybko te minimum szans zeszło do zera. Już z odległości słyszałem ich śmiechy, teksty wyśmiewające mojego tatę, który w młodym wieku stracił większość zębów, nasze mieszkanie, które wygląda jak piwnica, używane ubrania "jak dla powodzian" i inne niełatwe do słuchania teksty dotyczące naszej biedy.
Nie podszedłem bliżej.
Odwróciłem się.
Uciekłem.
Po tym zdarzeniu do dzisiaj nie spotkałem większości z tych osób i tylko jedna z nich mnie kilka lat później przeprosiła. Udało nam się pogodzić i kumplować jeszcze jakiś czas. Cieszyło mnie to bardzo. Dzięki Radek.
Dwa lata po opisanym wydarzeniu nie umiałem jednak z nikim nawiązać bliższej relacji. Bałem się1. Pomogły mi to przełamać dopiero: internet, pies, twórczość muzyczna i deskorolka.
Jak to jest być niewidzialnym w wieku 12-15 lat?
Innym razem wspomnę o tym, jak wartościowe i pomocne okazało się dla mnie tworzenie muzyki, spacerowanie z psem, internet i relacje w nim budowane oraz jazda na desce. Na razie wróćmy jednak do gimnazjum.
Długi czas nie miałem najlepszych relacji z rodziną, rówieśnikami, ani nawet ze sobą samym. Te drugie – rówieśnicze – w tym wieku jednak odczuwałem najmocniej. Normatywnie wiem, że nie tylko ja. Pamiętam, że czułem się wtedy często bardzo samotny i czasem wręcz niewidzialny. Jakbym nikogo nie obchodził.
W szkole nauczyciele często porównywali mnie ze starszym bratem. On był świetnym uczniem i geniuszem matematycznym, a ja wolałem przedmioty humanistyczno-artystyczne i byłem raczej słabiej zorganizowany.
Rodzice, kiedy się nie kłócili, to skupiali się bardziej na moich braciach niż na mnie. Starszy zawsze miał duży potencjał, był przykładny i był tym pierwszym, a młodszy miał większe trudności, więcej swobody i był tym najmłodszym. Na mnie też częściej spadało sprzątanie czy pomoc w kuchni i przy zakupach.
Nie byłem tak dobry, jak starszy i nie miałem takich trudności jak młodszy, więc nie miałem wymówek i ogółem była to pewnie moja wina. Byłem w końcu taki "zdolny, ale leniwy"...
Nawet gdy byłem wśród ludzi, to czułem się samotny. Nie ujawniałem przed nimi prawdziwego siebie, więc nic dziwnego. Czułem się nierozumiany, ale też nie mówiłem, co dokładnie się u mnie dzieje. Byłem zlepkiem wielu takich niezgodności.
Poza ogólnym kryzysem egzystencjalnym, samotnością, słabej jakości relacjami, niskim poczuciem własnej wartości, kryzysem kształtowania tożsamości i stresem, z którym sobie nie radziłem, męczyły mnie też w tamtym czasie dolegliwości fizyczne. Były to między innymi problemy ze skórą, z trądzikiem, na którym często rozładowywałem swoje napięcie, tylko pogarszając sytuację i ostatecznie również nadwaga, refluks żołądka, zapalenie błon śluzowych i dwunastnicy. Te ostatnie były też w dużej mierze wynikiem opisanych wcześniej problemów psychicznych i nieodpowiednich leków na skórę. Błędne koło.
I wszystko to prowadziło stopniowo do kulminacji wspomnianej na wstępie "ciężkości"...
Jest jeszcze szansa – punkt zwrotny?
Byłem nieklasyfikowany z trzech przedmiotów. Egzamin klasyfikacyjny można było jednak zdawać maksymalnie z dwóch. Moje szanse więc i tym razem były ekstremalnie minimalne, zwłaszcza że wśród tych przedmiotów były matematyka i wychowanie fizyczne. Pewnie nie trudno się domyślić czemu akurat one.
Chciałem jednak spróbować jeszcze zawalczyć. Wymagało to ode mnie rozmów z nauczycielkami i próśb o danie mi szansy na poprawienie swojej sytuacji.
Pani z WF-u od razu pozwoliła mi podejść w wakacje do egzaminu klasyfikacyjnego i powiedziała, że życzy mi dobrze. Nie miałem z nią złych relacji. Unikałem WF-u raczej ze względu na słabą kondycję, utrudniającą mi utrzymanie tempa nadwagę i najważniejsze – skórę, która sprawiała, że bałem się i nie chciałem przebierać przy kolegach.
Najbardziej bałem się jednak rozmowy z matematyczką, gdyż z nią relacje zdecydowanie miałem złe. Bardzo się na mnie złościła, często wybierała do odpowiedzi, choć wiedziała, że nie ogarniam, skrupulatnie sprawdzała wyłącznie mój zeszyt i zadania domowe oraz przy całej klasie przedstawiała mnie jako przykład tego, jakim uczniem nie być. Wydaje mi się, że nie rozumiała, czemu byłem inny, niż mój wygrywający konkursy matematyczne brat. Ja niestety też nie.
Przyszedłem mimo wszystko w końcu i do niej, aby porozmawiać o możliwości zaliczenia klasy.
Jej wzrok, gdy spojrzała na mnie, był inny niż zwykle. Miałem wrażenie, że pierwszy raz zobaczyłem w nim ciepło. Coś zdecydowanie było nie tak.
Powiedziałem, w jakiej sprawie przychodzę i przedstawiłem swoją chęć do zrobienia czegokolwiek, by zdać. Powiedziałem, że mogę przepisać cały zeszyt, zrobić wszystkie ćwiczenia zadane w tym roku i cokolwiek do tego doda.
W odpowiedzi usłyszałem jednak jedynie, że mnie przeprasza, oraz że nie mam się czym martwić, bo daje mi dwójkę.
Wow.
Nawet jeśli trzecia nauczycielka nie wyraziła zgody na egzamin klasyfikacyjny, więc moje szanse ostatecznie dotknęły dna, to już te doświadczenia dużo we mnie zmieniły. To był pierwszy raz, gdy odsłoniłem się tak przed nauczycielami. Pierwszy raz, gdy zacząłem się czuć widzialny.
W rozmowie z trzecią nauczycielką opowiem przy innej okazji.
Jak w końcu stać się widzialnym w wieku 15 lat?
Nie zdałem.
Mojej mamie było wstyd i zdecydowanie ją to dotknęło, ale coś z niej zeszło. Mój tata, który to chodził zazwyczaj na wywiadówki i był zły na mnie ze względu na oceny, też zluzował w końcu. Obydwoje zaakceptowali w tym momencie, że nie jestem i nie będę swoim starszym bratem. Mam wrażenie, że właśnie wtedy stałem się dla nich widzialny.
Przez cały ten rok, gdy nie bywałem w szkole, dużo tworzyłem i publikowałem w internecie. Mój kanał na YouTube zdobywał tysiące subskrybentów i setki tysięcy wyświetleń. Zbudowałem wtedy dużo relacji, również takich najbliższych, które trwają do dzisiaj – pozdrawiam Cię Zosiu. Zdecydowanie więc i w świecie rówieśniczym zacząłem czuć się widzialny. Czasem aż za bardzo.
W szkole, gdy już wróciłem po wakacjach, dla każdego w klasie też byłem widzialny. W końcu byłem tym jednym na kilkaset, co nie zdał. Znałem tam też parę osób, chociażby za sprawą deskorolki, więc nie czułem się sam. Nauczyciele w dużej mierze mi się zmienili, więc nie miałem do czynienia z tymi samymi. Ci nowi byli w większości fajni i nawet nie znali mojego brata, więc nie miałem z tego powodu trudności. Nawet Pani z matematyki była super!
Był jednak jeszcze jeden, istotny punkt, związany z powrotem do szkoły. Jako osoba, która nie zdała klasy, miałem obowiązek uczęszczania do psychologa szkolnego dwa razy w tygodniu lub czekałby mnie nadzór kuratora.
Zostałem przy tej pierwszej opcji i była to pierwsza relacja, w której czułem, że ktoś na żywo tak naprawdę widzi mnie. Pierwszy raz dorosła osoba była faktycznie ciekawa tego, co się we mnie dzieje, faktycznie mnie rozumiała, faktycznie chciała mi pomóc i faktycznie jej się to udawało. Spotkania z tą Panią były dla mnie niezwykle pozytywnym doświadczeniem. Pomogła mi też z najtrudniejszym aspektem niewidzialności...
Pomogła mi stać się widzialnym dla siebie.
Kontynuacja
Ten tekst jest wstępem. W następnej części przedstawię dokąd mnie doprowadziło doświadczenie pomocy psychologicznej oraz wspomnę nieco więcej o roli internetu, psa, tworzenia muzyki oraz deskorolki na mojej drodze do (nie)stawania się psychologiem.
Dziękuję, że poświęciłaś/poświęciłeś te kilka minut, by młody Daniel i dla Ciebie stał się widzialny!
Wspominam o tym wszystkim nie raz w swoich utworach. Zdecydowanie silnie to na mnie wpłynęło, ale ostatecznie uważam nawet, że dobrze. Dla chętnych, by coś więcej o tym usłyszeć, zanim pojawi się następna część, dodaję jeden z utworów, w którym ten temat poruszam: "Biały i heteroseksualny"↩