Kim chciałbym być?
Bardzo dużo zastanawiałem się w życiu nad tym, kim chciałbym być. Czasem pytanie to zmieniało się na "kim mógłbym być?", ponieważ już od najmłodszych lat mocno doświadczałem tego, jak chcieć i móc bardzo bywają od siebie odległe. W ostatnich latach pojawiała się jeszcze jedna "modyfikacja", chyba już ostateczna. Zanim jednak o niej, to prześledźmy cały proces1.
Dzieciństwo
Od przedszkola bardzo angażowałem się w rysowanie. Trwało to do końca podstawówki z późniejszymi powrotami tu i tam na różne sposoby. Chodziłem nawet na dodatkowe zajęcia do szkoły artystycznej i brałem udział w konkursach na skalę wojewódzką. Zdobywałem w nich maksymalnie wyróżnienia, ale nie było to dla mnie ważne. Na konkursy namawiali mnie inni. Ja chciałem po prostu rysować.
W podstawówce, poza rysunkiem, również pływałem, trenując 3-4 razy w tygodniu, zazwyczaj w porannych godzinach jeszcze przed lekcjami. Bardzo się temu poświęcałem, brałem udział w zawodach i w tym przypadku nawet zdobywałem medale i wygrywałem. Podczas zawodów w trzeciej klasie, gdy płynąłem motylkiem po złoto, doznałem muzycznego olśnienia2. Jakkolwiek to brzmi, sprawiło, że odpuściłem sobie bycie pływakiem, nawet jeśli wspomniane złoto zdobyłem.
Zamiast do klasy sportowej (pływackiej), wybrałem się w 4-6 do artystycznej. Zacząłem poświęcać więcej czasu muzyce. Uczyłem się w szkole gry na dzwonkach i flecie prostym, ale po lekcjach słuchałem wszystkiego, co na swojej mp3-ce miał starszy brat, wszystkiego co pokazywali mi znajomi i wszystkiego, co później sam znajdywałem między innymi na BearShare, eMule i na MySpace (co za czasy). Było tego mnóstwo, ale zdecydowanie najbardziej porywał mnie rap.
Rysowanie zaczęło mi brzydnąć, ponieważ moja nauczycielka plastyki (i wychowawczyni) nalegała, bym tworzył tak, jak ona preferuje i każe. Za nią prosili o to również rodzice i tym samym zabito wszelką moją radość z rysowania. Sport natomiast zawsze kochałem i choć już nie pływałem, to uprawiałem parkour, skacząc przez wszystkie napotkane murki i barierki, wspinając się po budynkach i wykręcając salta do piasku3.
Pierwszy pełny tekst piosenki napisałem mając 11 lat, a pierwszy utwór nagrałem mając 12. Takim oto sposobem zostałem raperem.
Okres dorastania
Parkour coraz bardziej odchodził w cień, choć podobnie do rysowania i on miał swoje przyszłe epizody. Na jego miejsce wskoczyła w tamtym czasie deskorolka. Byłem więc jeżdżącym na desce raperem. Cool. Maksimum moich umiejętności to był kickflip, varial kickflip i heelflip, a przynajmniej ja właśnie te tricki widziałem jako swój top. O dziwo wszystkie były wtedy dla mnie prostsze jadąc tyłem (fakie).
W gimnazjum rozwijałem nadal swoją karierę rapera, ale chcąc tworzyć tego więcej i dzielić się tym z innymi, nauczyłem się też tworzyć własne podkłady muzyczne, grafiki i proste wideo. Pamiętam, że dumnie wpisywałem beatmaker do tagów na YouTube. To był pierwszy raz, kiedy identyfikowałem się z trzema profesjami na raz (raper, beatmaker, grafik).
Mam wrażenie, że były to czasy, gdy średnio raz na tydzień powstawała jakaś nowa platforma hostingowa, na którą mógłbym i ostatecznie wrzucałem efekty swojej twórczości. Znaczna większość z nich nie przetrwała do dziś, ale ta, która wtedy mnie ujęła najbardziej wciąż trwa – YouTube. W gimnazjum zacząłem wrzucać tam nie tylko swoją muzykę, ale też proste animacje, intra zrobione dla kanałów innych twórców i ostatecznie także vlogi. Żwawo rozwijała się moja era jutubera.
Rozpoczął się najbujniejszy w produkcję wszelkiej maści okres w moim życiu. W technikum doszły do wszystkiego jeszcze pierwsze mixy z jutuberami w stylu "klejnuty" zanim te jeszcze istniały i dzięki nim dostałem się do świata gigantów, poznając wielu twórców działających do dziś na dużą skalę na polskim YT. Wtedy też po raz pierwszy zarobiłem na swojej twórczości. Wypłata z jutuba możliwa była w tamtych czasach dopiero, gdy osiągnęło się 100 dolarów. Pamiętam, że przelaliśmy to na konto bankowe mojego kolegi, ponieważ ja nie miałem jeszcze swojego. Dostałem wtedy około 420zł. Nice.
Szkoła średnia to był też dla mnie czas stawania się technikiem informatykiem preferującym pracę z multimediami. Muzyka górowała nad wszystkim, ale też nic, co kreatywne nie było mi wtedy obce. Na drugim miejscu znalazło się tworzenie stron internetowych, co po technikum odeszło w niepamięć, gdy tylko nie udało mi się znaleźć w tym pracy.
Na początku technikum miałem poważne problemy zdrowotne, w tym nadwagę, więc przez jakiś czas do sportu było mi wtedy nie po drodze. Po połowie technikum, gdy m.in. tabaty, basen i bieganie pozwoliły mi zrzucić trochę wagi, to po raz pierwszy zacząłem chodzić na siłownię. Nie trwało to dłużej niż pół roku, gdyż wolałem ostatecznie ćwiczyć w domu i więcej z ciężarem własnego ciała, ale był to sportowo ważny dla mnie krok.
Szkoła, szkoła i co po szkole?
Na koniec gimnazjum zacząłem chodzić do psychologa4 i bardzo mocno czułem też wtedy, że chciałbym być kimś takim w przyszłości. Niestety druga psycholożka (trzecia zresztą też), do której trafiłem były na tyle okropnie niepomocne, że stwierdziłem, iż nie chcę być jednak z tą profesją kojarzony. Pomyślałem, że może zamiast tego zostanę coachem, aż Piotr Blantford nie powiedział mi, że jestem zwycięzcą i zdecydowałem, że jednak nie. W rapie popularny stał się mumbling rap5, który bardzo mnie wtedy zniesmaczył i sprawił, że nawet z raperami nie chciałem być więcej kojarzony6. Dopadł mnie silny kryzys tożsamości i nie wiedziałem już kim chcę być, ale wiedziałem, że ze swoim doświadczeniem, zdecydowanie mógłbym być realizatorem dźwięku.
Wchodzenie w dorosłość
Po szkole średniej, którą opuściłem prawie nie podchodząc do matury, wybrałem się do Katowic na technika realizacji dźwięku. Byłem tam tylko jeden semestr. Dowiedziałem się bowiem, że wszystko, co chciałbym wiedzieć o pracy w studiu – a tylko to mnie interesowało, gdyż nigdy nie byłem fanem sceny – już wiem lub przynajmniej nie mniej niż pracujący tam nauczyciele.
Po tym, gdy pomagałem im prowadzić zajęcia, jeden z przedmiotów zaliczyłem bez egzaminu, a pierwszy z sesyjnych napisałem jako jedyny perfekcyjnie, powiedzieli mi na osobności, że zmarnuję tam czas i pieniądze. Usłyszałem, że śmiało mógłbym wybrać się do akademii muzycznej lub pójść na jakieś studia, które faktycznie będą mogły mnie czegoś nauczyć. Byłem w szoku, ale przekonali mnie. Oznaczało to jednak powrót od kim mógłbym, do kim chciałbym być, a odpowiedzi na to pytanie niestety nie znałem.
Przez następne pół roku byłem bezrobotny i poszukujący pracy jako informatyk w swoim małym Kędzierzynie-Koźlu. Nie udało mi się wtedy, chociaż sądziłem, że to zawód przyszłości i bez problemu mi się uda. Nic bardziej mylnego. Od końca technikum muzykę tworzyłem też dużo rzadziej i już w większości wyłącznie instrumentalną, a i na YouTube już się nie pojawiałem za bardzo. Znajomi poszli na studia, większość z nich wyjechała, więc relacje też naturalnie mi zaczynały zanikać. Nie było mi wtedy zbyt dobrze, ale szybko zareagowałem i znów zacząłem chodzić do psychologa. Ah shit, here we go again…
Powrót do psychologa
Udało mi się na szczęście trafić do specjalisty, który faktycznie chciał mnie poznać i mi pomóc, a nie robić na mnie bezpodstawnie wszystkie możliwe testy i z wizyty na wizytę coraz bardziej mnie zbywać. W końcu! Ostatecznie chodziłem do tej Pani przez rok i uwaga – bardzo mi to pomogło. Bonusem było to, że znów nie czułbym się źle, utożsamiając się z profesją psychologa.
Gdy przyszedł czas rekrutacji na studia, złożyłem dokumenty na dwa kierunki Uniwersytetu Opolskiego: Filologia Angielska – Academic English i… Psychologia. Ten pierwszy nie miał szans się otworzyć, ponieważ mało osób było nim zainteresowanych, podobno z uwagi na wysoki poziom startowy angielskiego. No cóż, psychologia then… jednak nie tak szybko, ponieważ trafiłem na niej na listę rezerwowych.
Nie trzymając w napięciu – dostałem się. Cieszy mnie to do dziś. Był to bowiem pierwszy raz, gdy w życiu byłem tak podjarany nauką. W gimnazjum moją najczęstszą oceną było 3, w technikum 3.5, nie licząc przedmiotów zawodowych, gdzie miałem prawie same 5. Pasek, ledwo co, ale udało mi się dostać chociaż raz. To, co zadziało się na studiach przekroczyło jednak moje najśmielsze przypuszczenia. Moją najczęstszą oceną by far było 5 i wielokrotnie załapałem się nawet na stypendium. To było tak niesamowite, że sądziłem iż zdecydowanie znalazłem już swoje miejsce. Nigdy wcześniej odpowiedź na pytanie kim chciałbym być nie była dla mnie tak oczywista.
Moment zawahania
Moja sytuacja tożsamościowa, mimo swojej pozytywnej stabilności, zdawała się jednak zmieniać na ostatnim roku studiów. Byłem wtedy zmuszony wyprowadzić się od rodziców i zacząć pracę. Nie chciałem się podejmować żadnej typowej pracy dorywczej, by móc się jeszcze skupić na sprawnym ukończeniu studiów. Nie wiedziałem jednak, czy znajdę jakąś alternatywę. Na szczęście udało mi się znaleźć i przez kilka miesięcy uczyłem moich kolegów i koleżanki o metodologii badań naukowych i wykonywałem dla nich analizy statystyczne do ich prac magisterskich.
Dużo myślałem wtedy o zarabianiu, ale jeszcze więcej o samej pracy i jej znaczeniu. Trafiła do mnie też wtedy książka 80 000 hours, poruszająca temat znajdywania satysfakcjonującej kariery, która przynosiłaby realną zmianę. Praktyki w szkołach (podstawowej i średniej) pozwoliły mi doświadczyć pracy z młodzieżą i pomagać im jeszcze długo po zakończeniu praktyk. Sprawiły też, że stałem się tym, kim chciałem być pod koniec gimnazjum. Udowodniły mi ponadto, coś o czym sam już od lat myślałem, a mianowicie, że społeczeństwo opacznie patrzy na profesję psychologa.
Rant na psychologię (korzystając z okazji)
Większość studentów wybiera ścieżkę kliniczną. Większość prowadzących zajęcia i praktyków również. Większość też chce pracować samodzielnie, najlepiej we własnym gabinecie z szeroką gamą zaburzonych pacjentów. Oni sami – pacjenci – to jest jednak zdecydowana mniejszość społeczeństwa7. Większość z nas ma trudności, z którymi nie potrafi sobie skutecznie radzić, ale mniejszość potrzebuje w związku z nimi wejścia na faktyczną ścieżkę kliniczną7. Psychologia jest przesycona negatywizmem już od czasów Freuda, jeśli nie dłużej, i choć jego teorie zostały już w dużej mierze porzucone, to wciąż zwraca się uwagę głównie na ciemną stronę ludzkiej psychiki. Efektem tego jest między innymi to, że diagnozuje się i leczy ludzi, którzy wcale zaburzeń nie mają8, a co gorsza, ludzie sami siebie diagnozują na podstawie 30-sekundowych filmików z social mediów, odnajdując w diagnozach łatwych winowajców wszelkich swoich życiowych niepowodzeń i trudności. Dziś ADHD i autyzm ma każdy, choć tak naprawdę mało kto je ma. Podobnie było kilka-kilkanaście lat temu z depresją i jej spopularyzowaniem. Nie pomaga w tym wszystkim też fakt, że każda kolejna wersja DSM obniża progi diagnostyczne.
O wiele rzadziej mówi się o rozwoju, poszukiwaniu sensu, motywacji czy samodyscyplinie, budowaniu zdrowych i pełnych miłości relacji, o eudajmonistycznej radości z życia, duchowości poza religią czy budowaniu poczucia własnej wartości, a to z nimi zmaga się większość z nas w ciągu swojego życia. W psychologii zbyt rzadko pomagamy ludziom żyć tak, by mogli unikać poważnych zaburzeń psychologicznych. W dużej mierze pewnie dlatego, że spadłoby zapotrzebowanie na psychologów… co wcale nie musi być prawdą! Zmieniając marketingową narrację, myślę że i popyt dużo by się nie zmienił. Psychologia chce być naukowa i chce opisywać całość populacji, ale w praktyce zazwyczaj zajmuje się wyłącznie malutkim i najbardziej ekstremalnym jej skrawkiem. Tak nie powinno być. Jeśli chcemy być dla wszystkich, to bądźmy dla wszystkich.
Czyli jednak nie psychologia?
Moim zdaniem dzisiejsza psychologia nie jest dla wszystkich. Nie jest nastawiona na pracę z każdym. A powinna. Jestem w bańce tej bardziej pozytywnej psychologii, więc wiem, że i tacy jak ja istnieją, ale wiem też, że należymy do znaczniej mniejszości. To między innymi dlatego prawie nikt nie wie o tytanie psychologii jakim był Roberto Assagioli. Carl Rogers też wcale zbyt popularny nie jest, a powinien być bardziej.
W ramach pracy magisterskiej robiłem badania i pisałem o tym, jak rozwój tożsamości i poczucie samotności wiążą się z poczuciem sensu życia osób wchodzących w dorosłość. Uważam, że to potężnie ważne zagadnienia, którym poświęca się zbyt mało uwagi. Psychologia woli depresję, która dotyka niewielu z nas, ponad samotność, której doświadczyli lub jeszcze doświadczą praktycznie wszyscy, i która potrafi nie raz do wspomnianej depresji prowadzić.
Nie uczymy ludzi pływać. Staramy się jedynie ich wyławiać dopiero, gdy już toną.
Ja nie chcę tak działać. Dla mnie to nie ma sensu. Dla mnie nie tędy droga.
No dobrze, ale nawet jeśli mainstreamowa psychologia wybrała drogę, która nie jest dla mnie, to ja przecież mogę wybrać inną, prawda? Prawda, jednak większość osób, która przyszłaby do mnie, miałaby oczekiwania zbudowane na obrazie tego, czym psychologia faktycznie mainstreamowo dzisiaj jest. A tym czymś ja nie będę nigdy.
Nie porzucam psychologii i wciąż będę ją kultywował, nawet jeśli nie będzie to moja główna profesja. Może któregoś dnia to się zmieni.
Wczesna dorosłość (i teraźniejszość)
Zanim skończyłem studia, zacząłem szukać nowego miejsca dla siebie i zanim jeszcze je skończyłem, miejsce to znalazłem.
Odpowiednie miejsce dla mnie
Szykując się do badania pod pracę magisterską stworzyłem stronę internetową do jego przeprowadzenia i nagrałem promujący ją filmik na YouTube9. Stworzyłem tę stronę, ponieważ byłem niezadowolony z tego, jak Google Forms jest ograniczony. Korzystałem z formsów przez 5 lat studiów, mając co najmniej jedno badanie do zrobienia na semestr. Oznacza to również, że sam wziąłem udział w wielu takich badaniach. Dostawałem i dawałem przy okazji tych badań różne negatywne informacje zwrotne, mówiące o niewygodzie badań, ich nudności, czasem też głupocie, nieinkluzyjnej naturze ich treści, braku jakiejkolwiek ich wartości dla uczestników itd.
Większość studentów takie informacje olewała. Robiła po prostu, co musiała, by zdać. Ja tak nie chciałem i chyba nawet nie potrafiłem. Chciałem to zmienić i uważam, że osiągnąłem sukces. Ludzie byli wręcz wdzięczni i zachwyceni tym, że mogli wziąć udział w moim badaniu i dostałem wiele informacji zwrotnych. Same pozytywne. Sprawiłem, że coś domyślnie nudnego, nieprzyjemnego i obojętnego przyniosło ludziom radość i satysfakcję. Wystartowałem z badaniem i na następny dzień miałem już około 200 odpowiedzi, co prawie trzykrotnie przekraczało wtedy wyświetlenia wspomnianego filmiku (mam malutki kanał, gdzie śledzą mnie w większości znajomi).
Treść badania zmieniała się na mojej stronie w zależności od wyborów dokonanych w metryczce – np. odmiany słów według wybranej płci ("chciałabym" lub "chciałbym", zamiast "chciał(a)bym" czy "chciałbym/chciałabym" itp.), formularz był bardziej intuicyjny i responsywny od Googlowego, miał dark mode, a na samym końcu każdy badany otrzymywał starannie przygotowaną wstępną interpretację swoich wyników z potencjalnymi zaleceniami. Ludzie sami podawali to dalej. Nikogo nie musiałem prosić. W kilku przypadkach dowiedziałem się nawet, że zmotywowałem tym kogoś do sięgnięcia po pomoc.
Nice!
Doszło do tego wszystkiego między innymi dlatego, że na ostatnim roku studiów zainteresowałem się terminem User Experience (doświadczenia użytkowników; UX). Wiedząc już, że chcę zrobić własną stronę internetową, zainteresowałem się tym, jak psychologia może się łączyć z technologią. Odkrywając UX byłem chyba jeszcze szczęśliwszy niż wtedy, gdy znalazłem się na studiach psychologicznych.
Uczenie i nauczanie
Zacząłem się uczyć więcej o UX poprzez Interaction Design Foundation10. Wciągnęło mnie to bardzo i od razu czułem, że właśnie tego brakowało mi w psychologii. Chciałem wnosić swoją wiedzę psychologiczną do świata technologii, ale ostatecznie to wiedzę bliższą światu technologii – wiedzę z zakresu UX – wnoszę częściej do psychologii. Już sama metodologia, proces Design Thinking polepsza moje życie w każdej jego sferze.
Po zakończeniu studiów wróciłem do Web Developmentu11 i uczyłem się go na nowo, równolegle z uczeniem się o UX. Niestety nie udało mi się znaleźć w tym obszarze pracy po studiach. Prawdę mówiąc, to po ich zakończeniu przez długi czas (miesiące) nie umiałem znaleźć pracy. Wysłałem setki CV, z czego większość była spersonalizowana pod konkretną ofertę. Siedziałem nad tym codziennie i aplikowałem nawet na sprzedawcę w różne miejsca. Ostatecznie albo nie dostawałem odpowiedzi, albo były one negatywne. Jedną dostałem pozytywną po połowie roku, gdy już dawno znalazłem pracę! Rynek pracy to niezły żart.
Wspomniałem o znalezieniu pracy, a sekcję tą nazwałem Uczeniem i nauczaniem dlatego, że w ramach pierwszej mojej pracy po studiach zostałem nauczycielem akademickim. Znalazłem się na prywatnej uczelni w Opolu gdzie przyjąłem rolę Asystenta Badawczo-dydaktycznego, nauczając wielu przedmiotów z zakresu psychologii. Uczyłem na kierunkach z obszaru pedagogiki, zarządzania, marketingu i administracji – full zestaw. To, co łączyło wszystkie z tych obszarów poza psychologią, to proces Design Thinking12, którego uczyłem wszystkich i wykorzystywałem podczas przygotowywania zajęć.
Starałem się wdrażać na uczelni usprawnienia z zakresu UX, dbając o doświadczenia studentów i współpracowników. W pewnym momencie tworzyłem nawet z kolegą aplikację do zarządzania planami zajęć. Robiłem co w mojej mocy, również poza zajęciami, które prowadziłem, by moja praca przynosiła realne zmiany na lepsze w życiach innych. Po ilości pozytywnych informacji zwrotnych, wiadomościach, które do dziś dostaję od studentów, wierzę że choć trochę mi się to udało.
Po niecałych dwóch latach zdecydowałem się rozstać z uczelnią. Kochałem pracę ze studentami, ale administracyjnie i organizacyjnie nie umiałem się w tym świecie do końca odnaleźć. Cały czas, gdy tam pracowałem, tworzyłem różne aplikacje, które wykorzystywałem później na zajęciach i do badań własnych oraz pomocy innym. Na koniec mojej nauczycielskiej kariery pół roku pracowałem już równolegle jako Frontend Developer i finalnie zdecydowałem właśnie tym zająć się na pełny etat.
Przechodząc na pełny etat do firmy, w której zacząłem swoją karierę programisty, dostałem także drugą rolę – UI/UX Designera. Finally. Było to w pewien sposób spełnienie moich marzeń i jestem niezwykle wdzięczny, że udało mi się wejść na tą ścieżkę kariery, zanim AI kompletnie wybuchło. Bardzo dużo czasu poświęciłem uczeniu się, zarówno programowania, jak i projektowania. Do dziś mocno się temu poświęcam, stale ucząc się nowych rzeczy. Żyję tym nawet bardziej niż psychologią w ostatnich latach i obie wspomniane role trzymają się mnie do chwili obecnej, choć pracuję już z innymi firmami.
Ten blog powstał na początku 2026 roku z zamiarem zaangażowania się w tworzenie Small Webu, tej małej kieszonki ludzkości, którą akurat w moim przypadku jest Bearblog. Celem równoległym była ekspresja i to taka, która dotyczyłaby i wspomagała moją własną psychosyntezę13. Podobnie do czasów gimnazjum i dziś czuję, że mógłbym identyfikować się z trzema głównymi dla mnie profesjami – frontend developerem, projektantem UI/UX i psychologiem.
Mógłbym.
Ale… kim chciałbym być?
Od dłuższego już czasu buduje się we mnie nowe spojrzenie na to pytanie. Nachodziło mnie to już wcześniej w różnych momentach mojego życia, ale ostatnio zdaje się zadomawiać na stałe…
Wszystkie profesje, role, rzeczowniki, jakie wypisałem powyżej nie są odpowiedzią na to kim. Profesja to nie jest ktoś, a coś. Mogą więc co najwyżej stanowić odpowiedź na pytanie "czym chciałbym być". Gdy jednak w taki sposób na to spojrzę, to uświadamiam sobie, że nie chcę identyfikować się z żadną swoją rolą, profesją czy etykietą, jaką możnaby mi przypisać w związku z tym, czym się zajmuję.
AI przejmuje coraz więcej sfer naszego życia, w tym internet. Bycie czymś sprawiłoby, że nie różniłbym się od niego niczym. Obawiamy się, że AI będzie programistą i nas zastąpi, że będzie grafikiem, pisarzem, twórcą treści w internecie, że będzie czymś w miejscu, gdzie my moglibyśmy być. Sądzę, że słusznie się tego obawiamy, jeśli my sami utożsamiamy się z czymś.
Co więc oznacza bycie kimś? Dla mnie to nie jest robienie czegoś, czy bycie jakimś. Zawsze myślałem o tym, czego powinienem się nauczyć, co kupić, co zrobić, kogo poznać, generalnie co dodać do swojego życia, by stać się kimś. Dziś już wiem, że aby być kimś potrzebowałem się jedynie odwrócić i zauważyć, że od zawsze już kimś byłem. To nie dodawanie czegoś sprawia, że jestem kimś, ale dezidentyfikacja z wszelkimi etykietami, które istotnie mnie zawężają.
Zajmuję się programowaniem, projektowaniem interfejsów, tworzeniem aplikacji, pisaniem bloga, wspinaczką, rozwojem psychologicznym, tworzeniem muzyki, czytaniem książek, sprzątaniem, gotowaniem, zakupami… Żadna jedna etykieta nie ujęłaby tego w pełni i w detalu. Nie jestem "człowiekiem", "psychologiem", "programistą", ani niczym innym, bo to wszystko jest zbyt generalne i zbyt szczegółowe jednocześnie.
Nie ma sensu myśleć kim/czym chciałbym/mógłbym być, ani nawet myśleć o tym jakim chciałbym/mógłbym być, choć uważam, że to już ma więcej sensu niż te poprzednie. Kimś już jestem. Kimś zawsze byłem. Kimś zawsze będę.
Znajdywanie kierunku
Zastanawianie się nad tytułowym pytaniem miało zawsze na celu znalezienie jakiegoś kierunku dla mnie. Miało pomóc mi zaplanować chociaż częściowo moją przyszłość. Znaczna większość tych etykiet, którymi się tutaj podzieliłem nie była jednak planowana, a nawet gdy była, to nie udawało mi się ich osiągać, gdy tego chciałem.
Programistą profesjonalnie zostałem, bo kolega mnie polecił, projektantem UI/UX, bo ktoś mnie tak w końcu określił, psychologiem, ponieważ ktoś poradził mi odejść z realizacji dźwięku i trafiłem w końcu na dobrą dla mnie psycholożkę… mniej więcej.
Kolega mnie polecił, bo widział we mnie kogoś wartego polecenia i chciał mi pomóc. Określono mnie projektantem, bo właśnie był w firmie taki potrzebny, a ja jako jedyny się na tym choć trochę znałem. Poradzono mi odejść z realizacji dźwięku, bo zauważono we mnie potencjał na coś więcej. Wybrałem psychologię, bo ktoś kiedyś mi pomógł i sam chciałem pomagać innym (nie otworzyli też mojej filologii). Ostatecznie dostałem się, bo miałem farta… mniej więcej.
Nie jestem fanem zewnętrznego poczucia kontroli i uważam, że ludzie tak ogólnie więcej powinni brać odpowiedzialności za swoje życie. Nie mówię, że konkretnie Ty i konkretnie teraz, ale ogółem. Piszę to też dlatego, żeby zaznaczyć, że właśnie nie o to mi chodzi. Nie porzucam nagle odpowiedzialności za swoje życie, ani nie wydaje mi się, bym stracił jakikolwiek wpływ na własny los. Wręcz przeciwnie. To, co opisałem w poprzednim paragrafie, to nie losowe przypadki. To wypadkowe tego kim byłem.
Ostatecznie myślę po prostu, że zamiast pytać siebie kim chciałbym być i główkować nad tożsamością, by znaleźć kierunek dla swojego życia, powinienem zauważyć, że tak, jak ja zawsze kimś byłem, tak ono (moje życie) zawsze jakiś kierunek miało.
Nie wiem, czy nasze życia są predestynowane i czy to wszystko było mi pisane, więc tak po prostu już miało być, ale wierzę, że ostatecznie everything is how it's supposed to be (wszystko jest takie, jakie być powinno).
Skupianie się na tym, co jest w moich oczach wartościowe, poświęcanie się temu, co wzbogaca mnie i ważne dla mnie stworzenia, dzielenie się tym, co mam… nic z tego nie muszę planować i nad niczym z tego nie muszę się zastanawiać.
Tym kimś już jestem.
Muszę więc jedynie być.
Dziękuję, że poświęciłeś lub też poświęciłaś mi swój czas.
Wszystkiego dobrego!
Dzisiaj zbyt łatwo i zbyt szybko widzimy czy też dostajemy wszelkie efekty i rezultaty – AI jest tego wspaniałym przykładem. Ucieka nam proces, uciekają nam przeszkody, ćwiczenie radzenia sobie z nimi, rozwiązywanie problemów i kreatywność w tym ujęta. Tekst ten jest długi, ale sądzę, że tylko ujawniając więcej z mojego procesu stawania się, będę w stanie kogoś faktycznie poruszyć do własnych przemyśleń i zainspirować. Nawet jeśli nie dziś, nie teraz, to któregoś dnia.↩
Pochodzę z raczej biednej rodziny, nie raz byłem wyśmiewany i generalnie miałem niskie poczucie własnej wartości. Chłopcy na innych torach wyglądali lepiej niż ja, mieli lepsze okularki i co najważniejsze stali ze swoimi trenerami. Ja byłem sam. Zawody odbywały się na naszym basenie, w moim mieście, więc moja trenerka zajmowała się sędziowaniem i nie mogła akurat przy mnie być. Stresowałem się. Bardzo. Przy starcie, gdy tylko wybiłem się ze słupka i wskoczyłem do wody, to zsunęły mi się okularki, naleciała mi do oczu woda i osunęły mi się kąpielówki… Pierwszą reakcją była chęć zatrzymania się, ale nie zrobiłem tego. To przecież zawody i to motylek, w którym byłem najlepszy. Płynąłem więc. Mój stres wzrósł do poziomu, którego dotąd nigdy nie doświadczyłem. Świat jednak nagle ucichł. Nie słyszałem już pluskania wody, zmiany dźwięku przy unoszeniu się ponad wodę i wracaniu pod jej taflę, nie słyszałem już widowni, nic… Wewnątrz mnie zaczęły jednak grać utwory muzyczne tak wyraźnie, jakbym znał każde słowo ich tekstów, każdy instrument i jego nuty oraz szczegółowo rozumiał ich aranżację i mix. Płynęliśmy tylko 50 metrów (2 baseny), a miałem wrażenie, że podczas tej podróży wysłuchałem co najmniej kilku płyt. Zszokowało mnie to, ale i uspokoiło. Uświadomiłem sobie, że skoro tak długo już płynę, to nie mam szans wygrać, więc mogę też przestać się już tym przejmować. Dopłynąłem do końca i wyszedłem z basenu. Poprawiłem kąpielówki, zdjąłem okularki i obracając się w kierunku basenu przetarłem oczy. Ku mojemu zdziwieniu, poza jedną osobą, która dotarła już do końca, reszta jeszcze płynęła. Wyszedłem jako pierwszy. Dopiero po chwili zacząłem z powrotem słyszeć świat i dotarło do mnie, że wygrałem. Do dziś zawdzięczam to muzyce.↩
Pewnie dlatego bardzo szybko zacząłem mieć problemy z kolanami i z kręgosłupem… welp↩
O tym dlaczego wspominam w tym poście.↩
Niemożliwe do zrozumienia mamrotanie/bełkot nazywane przez niektórych rapem. Często z dużą dawką auto-tune. Ja sam nigdy nic nie zrozumiałem, ale Wikipedia twierdzi, że ich teksty odnoszą się zazwyczaj do: pieniędzy, biżuterii, narkotyków, ekskluzywnych marek czy seksu.↩
"Nie jestem raperem wcale, przestałem to robić dawno…" – to pierwszy wers mojego rapowego utworu z 2015 roku:D↩
1 na 7 osób to dużo, ale to nawet nie 15%. Łagodne zaburzenia często też nie wymagają pracy ze specjalistą, a te poważne są jeszcze rzadsze, dotycząc np. w USA jedynie 6% wszystkich dorosłych.↩
Fałszywe rozpoznania (overdiagnosis) to poważny¹ problem², który przyznaję, wzburza mnie jak mało co.↩
Strona internetowa już nie istnieje, choć nazywała się wtedy karzdy.pomorze.pl. Filmik znajdziesz tutaj.↩
Na moim LinkedInie można zobaczyć, które kursy ukończyłem. Poza nimi zacząłem jeszcze 4 inne, z czego 3 też prawie ukończyłem. Powinienem może nawet do nich wrócić. Przerwałem naukę na IxDF tylko ze względu na ograniczone finanse po studiach.↩
Skoro wspomniałem o IxDF, to wspomnę też o Scrimba. Testowałem wiele platform do nauki kodowania, ale ta jest zdecydowanie najlepsza i nauka na niej była dla mnie wspaniałym doświadczeniem i świetną zabawą. Polecam z całego serca.↩
Zachęcam sprawdzić na czym ten proces polega w tym artykule od IxDF lub gdziekolwiek w sumie.↩
Kiedyś napiszę o tym coś więcej, ale generalnie chodzi o rozwój psychologiczno-duchowy, w którym żadna z moich części nie będzie w konflikcie z inną i całe moje istnienie będzie mogło funkcjonować jako jedna, spójna i zgrana orkiestra. Większość ludzi funkcjonuje jako zgrupowanie części, które nie do końca siebie rozumieją, nie zawsze współpracują i nie zawsze działają w jednym kierunku. Psychosynteza, jako aktywny proces, pomaga się zgrać i osiągnąć pewnego rodzaju harmonię.↩